Jazda rowerem w mieście to splot nieoczekiwanych wydarzeń, zbiegów okoliczności i niespodzianek, z domieszką kluczenia między przechodniami i ostrego hamowania. Cały ten wachlarz emocji i adrenaliny zapewniają nam nie tylko kierowcy samochodów, ale także ludzie odpowiedzialni za planowanie i organizację ścieżek rowerowych w dużym mieście. To niesamowite, jakie oni mają poczucie humoru - potrafią zaprojektować tak absurdalną ścieżkę rowerową, że rozbawi ona każdego - zarówno potrąconego przez rower przechodnia, jak i potrąconego przez samochód rowerzystę.
Przykładem takiej ścieżki może być ulica Drewnowska w Łodzi. Niczego nieświadomy rowerzysta zjeżdża sobie z pięknej, prostej i wspaniałej ścieżki wzdłuż al. Włókniarzy (serio, chyba najlepsza i najdłuższa ścieżka rowerowa w Łodzi. Przy okazji też jedyna) w ścieżkę wzdłuż Drewnowskiej. Tutaj zaczyna się dramat. Oczywiście ktoś, kto jeździ rowerem po mieście jakiś czas, jest przyzwyczajony do wszechobecnych pieszych na ścieżkach - pod tym względem Drewnowska nie jest wyjątkiem, ba, może być wręcz rekordem jeśli chodzi o ilość kłótni (tak na słowa, jak i na czyny, wszak okolica ta słynie z dziarskich, skorych do bitki panów) i wypadków.
Jednak to nie to stanowi prawdziwy problem. Zabawne, śmieszne wręcz jest to, że chcąc przejechać ulicę, która ma dwa (!) kilometry (przeciętnemu rowerzyście pokonanie takiego dystansu powinno zająć 10-15 minut), potrzebujemy dużo cierpliwości, aby przeczekać wieczne stanie na światłach. I wcale nie wynika to z faktu, że Drewnowską przecina niezliczona ilość ulic. Do ul. Karskiego, a więc do Manufaktury, są tam zaledwie trzy przecznice - jak na centrum dużego miasta nie jest to dużo. Po prostu jakiś dowcipny gość wymyślił sobie, że przy każdej przecznicy rowerzysta musi zmieniać stronę ulicy. I tak zaczynamy jazdę po lewej, aby po chwili ścieżka nam się urwała i zaczęła po prawej. Posłusznie zmieniamy stronę, tylko po to, żeby za chwilę ktoś poprosił nas o powrót na lewo. Zdezorientowani wracamy na lewo i po trzech obrotach pedałów dojeżdżamy do kolejnych świateł - w poprzek ulicy, wzdłuż której jedziemy. Wygląda to tak, jakby ktoś mi mówił: "Może jednak pojedziesz tamtą stroną? Wiesz co, jednak na tamtej było lepiej. Czekaj, czekaj, odwołuję! Wracaj tam, tam będziesz bezpieczny". Na początku dezorientuje, potem wkurza, w końcu śmieszy i powoduje, że większość albo wybiera inną trasę, albo jedzie ulicą, która - to dziwne - jest prosta. Dlaczego nikt nie pomyślał, żeby kierowcom kazać zmieniać pasy co chwilę?
Najśmieszniejsze jednak jest to, że cała zabawa ma miejsce na pierwszej połowie Drewnowskiej. Kawałek za ulicą Karskiego ścieżka nagle skręca - w kierunku Manufaktury oczywiście. Ktoś doszedł do wniosku, że wszyscy, którzy będą tamtędy jechać, będą zmierzać do Manufaktury, no bo przecież gdzie indziej. Na trasie o długości jednego kilometra rowerzysta jeździ od krawężnika do krawężnika jak pijany tylko po to, żeby potem stanąć przed wyborem - jechać wąskim chodnikiem, drogą o wzmożonym ruchu (tuż obok są dwa wyjazdy z parkingu Manufaktury) czy może dookoła, przez Manufakturę. Przy okazji może wskoczyć na zakupy, hamburgera i piwko.